Australia New South Wales

Góry Błękitne – Blue Mountains

 Godzina 4 rano z  bardzo małymi minutami, alarm tarabani jak opętany, wstajemy z wielkim bólem. Dlaczego?! Dlaczegooooooooooo??? Pod kołdrą przecież tak cieplutko i wygodnie!! Ruszam po omacku do łazienki żeby ochlapać zaspaną twarz lodowatą wodą i zmyć z twarzy resztki snu. OK, jestem. Zaczynamy dzień, zombie w akcji.

  Ruszamy na lotnisko by złapać lot o 6 rano. Jest piątek. Za 4 godziny nasi codzienni towarzysze biurowej niedoli zasiądą przed komputerami by ratować świat. My robimy sobie długi weekend by ratować naszą psychikę. Cel: Sydney. Odpuszczamy jednak miasto i operę, którą zdążyliśmy przeanalizować z każdej strony rok temu. Tym razem w planie jest eksploracja terenów około-Sydneyowskich. Ruszamy w stronę Blue Mountains czyli Gór Błękitnych. Na internetach naoglądałam się magicznych zdjęć tego niesamowitego pasma górskiego i sobie wymyśliłam, że chcę tam pojechać i zobaczyć na własne oczy. A ponieważ cel został postawiony bardzo późno (oraz na czas długiego weekendu) i bilety zdążyły osiągnąć cenowo nieprzyjazne cyferki, trzeba było pójść na kompromis i zabukować lot o godzinie zombie.

***

The clock alarm is off, it’s only 4 am and we’re slowly trying to pull ourselves from the coziness of our bed. I feel my way to the bathroom, splash icy cold water on my face and try to wash off last remains of sleep. Finally I ‘m sort of aware. However, still in a zombie mode.  Soon we’re on our way to the airport. Our flight is at 6. It’s Friday morning (or still night?!). In a couple of hours our colleagues will sit at their desks ready to save the world. We, however, are on the mission to save our sanity. Best way to do this is to go on an adventure. That’s why we’re going to Blue Mountains. Because we made up our minds very late and because it’s a long weekend, ticket prices skyrocketed and we were forced to book the earliest flight. It happens. We embrace it with fake smiles. 

DSC_0254

Góry Błękitne znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO więc jest to atrakcja nie byle jaka, z dobrą etykietką. A co takiego sprawia, że góry są wyjątkowe i zasługują na miejsce na liście? Powiadają, że niesłychanie bujna roślinność! Ale przede wszystkim niebieski kolor, który bije po oczach ciekawskich gości! Być w Górach Niebieskich to jak wkroczyć do wioski Smerfów. Ale skąd tam tyle tego niebieskiego? Za niebieską mgiełkę odpowiedzialny jest gęsty las eukaliptusowy. Olejki eteryczne wydzielane przez ulubione drzewa misiów koala (wypatrywałam intensywnie na nic, bilans roku 2016: 0!!!) połączone z padającymi promieniami światła tworzą smerfiastą błękitną poświatę. Zachodzą wtedy jakieś skomplikowane procesy optyczne, których nie jestem w stanie opisać (noga byłam z fizyki), ale efekt dają zdumiewający.

 ***

Blue Mountains are listed as World Heritage Area by UNESCO. It’s not an ordinary place and well deserves it’s lofty spot on the UNESCO list. You probably wonder what makes the mountains so special? It’s crazy eucalyptus vegetation and blueish colour! The eucalyptus trees, koalas’ favourite, are responsible for the blue mist that spreads wide across the mountains. The rumour has it that some sophisticated optical process happens between  the sunlight and oils emitted by the lush eucalyptus forest. As a result, the mountains look like landscape straight from the Smurfs’ village.

DSC_0497

Grażyna

Ponieważ wycieczka w Góry Niebieskie została wymyślona na ostatni gwizdek z przysłowiową ręką w nocniku (bo przecież długi weekend, trzeba coś zrobić ciekawego), wszystkie lepsiejsze noclegi zostały dawno zarezerwowane. Do wyboru zostały nam liche motele, które ceniły się wprost nieproporcjonalnie do tego co oferowały. Podeszliśmy do tematu kreatywnie i wymyśliliśmy, że wynajmiemy campervana i upieczemy dwa kangury na jednym ogniu. Transport? Jest. Nocleg? Jest.  Koszt śmiesznie mały, a potencjał na przygody wysoki. Idealnie. Bierzemy.

***

Since our decision to visit Blue Mountains was very much an eleventh hour decision, all the better accommodation spots were already booked. We were left with an option to sleep at a dodgy motel or under the stars. Given we’re now in winter, the latter was not a feasible option. We put our thinking caps on  and decided to approach the topic differently and to rent a campervan. Wheels? Checked. Accommodation? Checked. Two kangaroos killed with one stone! The price was low and potential for adventures very high. There was no sitting on the fence whether we should rent the car. We immediately wanted to sit in our new house on wheels.

DSC_0460

Wynajęliśmy naszą limuzynę w wypożyczalni Jucy, która charakteryzuje się tragiczną kolorystyką. Zielono-fioletowe wszystko zarówno na zewnątrz i wewnątrz pojazdu. Hello! Przecież to się wszystko gryzie! Postanowiłam przymknąć oko na kwestie estetyczne i skupić się na głównym celu: przygodzie.

 Po pierwszych przejechanych metrach szybko okazało się, że pojazd chyba zdążył objechać ziemię czerwoną wzdłuż i wszerz. Cena powinna być przestrogą. Ale nie ma co marudzić, trzeba wierzyć, że nasz nowy dom dowiezie nas do celu.

 Nasz lichy pojazd został szybko ochrzczony jako Grażyna (w wykonaniu Chrisa: Kraszina). Grażyna dostawała lekkiej zadyszki przy większych pagórkach, ale poza tym sprawowała się bez zarzutu. Zostaliśmy raz zatrzymani przez policję. Początkowo myśleliśmy, że dostaniemy mandat za…za niską prędkość. Grażyna totalnie wymiękła pod górkę i nie była w stanie przekroczyć 80 na autostradzie. Pan policjant chciał jednak tylko sprawdzić czy my nie pijani.

***

We got our car from Jucy which is well-known across Australia, mainly for its green and purple colour combo. Terrible choice by the way. I decided to turn a very blind eye to the colour palette and dismiss my concerns about aesthetics. We were after an adventure, not a fancy vehicle. 


After starting the engine and rolling out of the parking lot we quickly realized that the campervan was not in a mint condition and must have seen most of  Australia. The price should have been a telling sign! We swiftly brushed any doubts about the car’s condition aside and hoped it would drive us around NSW with no issues. 

Our house on wheels was immediately given a new female nickname: Grażyna (Eng: Krashyna). Grażyna would struggle up hill but other than that she was all right. We were once pulled over by the police. Our first thought was “we must be driving too slow!” as Grażyna was having a hard time going more than 80 km/h on a 100km/h highway. We feared we might have been a road hazard! It turned out it was only a random alcohol test. We passed it with flying colours!

image1 (2)
Grażyna została okropnie oszpecona przez swoją wypożyczalnię tandetnymi naklejkami. Miała jednak eleganckie lekko przyciemnione szyby. Jakże odpowiednie do porannego odpicowania rzęs! Damą trzeba być nawet i w spartańskich warunkach.. A jak!

***

Poor Grażyna is forced to carry the terrible green-and-purple look. However, she boasts slightly tinted windows which are perfect for a morning beauty routine! Who says you can’t stay glamour on a camping trip?!

Wentworth Falls

Nasz pierwszy przystanek w Górach Błękitnych to Wentworth Falls. Dojechaliśmy tam o godzinie 11 o pustych żołądkach. Od pobudki o 4 rano nic nie przełknęliśmy. O 4 rano za wcześnie na przekąski, na lotnisku zazwyczaj okropne jedzenie, wokół lotniska nic smacznego. Czekaliśmy więc na urocze kafejki po drodze w stronę gór. Czekaliśmy i czekaliśmy, czarne dziury w żołądkach zasysały całą energię. Fatamorgany z jedzeniem drażniły naszą wyobraźnię i wyposzczone podniebienie. W końcu dotarliśmy do Wentworth Falls, pierwszego większego punktu na mapie Blue Mountains. Po zastrzyku kofeiny i kalorii w postaci jajek na tostach ruszyliśmy z Grażyną w stronę głównego punktu widokowego w Wentworth Falls.

 ***

Our first pitstop in Blue Mountains was Wentworth Falls. We got there around 11 on very empty stomachs. The 4 am wake-up was not the best time for a breakfast, airports are just grim to eat and area around the Sydney airport doesn’t look particularly gourmet. We waited with breakfast hoping we would stumble across a cosy cafe somwhere on the way to the mountains. We waited and waited, our stomachs started to make more noise and eventually turned into black holes sucking in all our energy. Our eyelids had never been heavier before! We finally reached Wentworth Falls and could resuscitate ourselves with eggs and coffee. With our palates treated to nice food we drove to the Wentworth Falls Lookout to catch the first proper glimpse of Blue Mountains. 

DSC_0183

Majestatyczne góry w swej niebieskiej okazałości. Dla mnie bardziej zaskakujący niż niebieska barwa gór był fakt, że góry ogląda się tak jakby z góry.

***

The majestic mountains finally in front of us. The most surprising thing to me was not the blue explosion but the fact that you gaze at the mountains from a high lookout which seems to be higher than the mountains themselves. Are Blue Mountains actually mountains?!!

DSC_0210

Przemierzając kilometry dzielące Sydney i Góry Niebieskie nie zauważyliśmy kiedy nagle znaleźliśmy się w górach. Miałam wyobrażenie, że jadąc w góry większą część drogi spędzimy w zipiącej Grażce walczącej z pochyłością terenu. A tymczasem po ponad godzinie trasy urozmaiconej dynamiczną muzyką pop ze spotifaja znaleźliśmy się nagle w górach, a w sumie to trochę ponad nimi! Topografia Australii nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

***


During the drive from Sydney to Blue Mountains we failed to notice that we were suddenly in the mountains. My idea of this trip was a bit different. I thought we would have to climb up most of the time and keep our fingers crossed for Grażyna to overcome the obstacles of the upward trajectory. Instead, after 1,5h of singing along with our Spotify roadtrip list we found ourselves, out of the blue, in Blue Mountains and the mountains were to be looked at from a higher vantage point!! Crazy. The Australian landscape never stops to surprise me. 

DSC_0217

Ciąg dalszy przygód z Grażyną nastąpi wkrótce 🙂 Jest tyyyyyyyyl do opisania!!

 ***

Stay tuned to learn more about our trip with Grażyna 🙂 There’s so much more to tell. 

No Comments
Leave a Reply