Australia New South Wales

Góry Błękitne na pieszo – Blue Mountains on foot

Wentwoth Falls

Podziwiając krajobraz z wysokości punktu widokowego Wentworth Falls wymyśliliśmy sobie, że pójdziemy na obczajkę terenu i postaramy się dotrzeć do tego samego punktu co grupka poniżej. O tam..

***

Gazing at the mountains from Wentworth Falls Lookout we decided to check out this crowded point we spotted.

Marsz do celu był jak intensywna inhalacja. Tysiące drzew dookoła wpompowały w nasze mieszczuchowe płuca tlen z pierwszego tłoczenia. Gdyby tylko ten tlen można zapakować na wynos i trzymać w lodówce.

***

Our march towards the spotted bunch was like an intense healing treatment. Thousands of trees around us filled our contaminated city lungs with first-quality oxygen. If only you could bottle up this oxygen and store it in the fridge as your daily energizer.

DSC_0263

I nagle tuż za zakrętem znaleźliśmy się na wąskiej ścieżce wzdłuż ściany góry. Widok, który serwują nam Góry Błękitne z tego punktu jest oszałamiający i przyprawiający o poważne zawroty głowy. Staliśmy tuż przy idealnie pionowej ścianie góry i spoglądaliśmy w dół na gęsty las eukaliptusowy. Nasze policzki czuły ciepło bijące od słońca w zenicie, a zarazem chłód unoszący się ponad eukaliptusowym baldachimem. Kolana lekko się ugięły, a w głowie zakręciło. Wszelkie troski i problemy zniknęły. Były tylko góry, las, my i Instagram.  Szkoda, że Grażyna (kim jest Grażyna?) nie dała rady się wspiąć z nami. Nacykaliśmyy sporo zdjęć żeby jej pokazać. Ucieszyła się.

***

  And then behind the corner there it was – a very narrow rock shelf. The view was jaw-dropping and seriously head-spinning. We were standing by a perfectly vertical side of the mountain and looking over the densly populated eucalyptus forest. Our faces were a bit confused – being kissed by the sun from above and cooled down by the chill coming from the shadows of the forest at the same time. Our knees went jelly and vertigo kicked in. However, all the nagging thoughts of everyday disappeared. It was only us, the forest, the mountains and Instagram. It was a shame that Grażyna (who’s Grażyna?) couldn’t go as far as here. We took a lot of photos to show her how beautiful Blue Mountains are.

DSC_0270

Cudowne widoki z półki skalnej połaskotały naszą ciekawość. A jak wiadomo jest ona niemałych rozmiarów. “Chodź pójdziemy jeszcze kawałeczek i zobaczymy co jest dalej” rzekłam. “OK” odparł mój ci on.

I tak sobie dreptaliśmy powolutku wzdłuż tego niesamowitego “balkonu” aż w końcu dodreptaliśmy do skalnych schodów wiodących w dół. “Chodź zejdziemy chociaż kawałek i zobaczymy co jest dalej” rzuciłam. “OK” zgodził się on.

Schody wyrzeźbione wzdłuż skalnej ściany okazały się bardziej strome niż wyglądały. Również bardziej ciasne. Musieliśmy je dzielić z grupką starszych pań wspinających się w naszym kierunku,  czyli do góry. Niektórym szło to dość żwawo, a niektórym bardziej opornie. Dla jednej z pań wspinaczka była istną katorgą a każdy krok wydawał się wyczynem na miarę zdobycia Mount Everestu. Miała już jednak bardzo blisko do mety.

***

Spectacular views were like gourmet food to our curiosity. “Let’s walk a bit and see what’s behind the corner” I said. “OK” he agreed.
And so we walked along the amazing balcony until we reached a staircase down. “Let’s climb down a few steps and see what’s further” I suggested. “OK” he rubber-stamped the idea. The staircase turned out to be steeper than it looked at the first glance. Also way narrower! We had to share it with a group of female hikers in their seventies. One of the ladies struggled a lot. And by a lot I mean a lot. Luckily the finishing line was very close.

DSC_0315

W ferworze walki z morderczo stromymi stopniami skalnej klatki schodowej nie zauważyliśmy gdy nagle znaleźliśmy się tuż u stóp wodospadu. Jeszcze przed chwilą podziwialiśmy go z góry, a tu nagle stoimy przed nim jak wryci. Przejrzałam wszystkie zdjęcia jakie nacykałam i niestety żadne nie oddaje magii tego wodospadu i jego wręcz niebiańskiej poświaty na tle błękitnego nieba.

***

Sweating our way down the staircase from hell we didn’t even realize when we suddenly stood in front of a high waterfall. We already had a look at it from the other side while walking a concrete path across its top part. I analyzed all photos taken that day and none of the snaps truly captures the magnificence of the waterfall. It looked so heavenly contrasted with the bright sunlight and impeccably blue sky. We were left stunned.

Po krótkiej zadumie u brzegów wodospadu, totalnie zauroczona naturą wpadłam na genialny pomysł “Chodź pójdziemy jeszcze kawałeczek i zobaczymy co dalej”. “OK” zgodził się prędko on. I poszliśmy. Po drodze karmiliśmy się pięknymi widokami. To jedyny prowiant jaki mieliśmy przy sobie. Gapy fajtłapy nie przewidziały, że wybiorą się na spontanie na 3godzinną wędrówkę po górach i dolinach. Mieliśmy ze sobą jedynie marną resztkę wody. Do tej pory nie wiem co ja w tym plecaczku tak dzielnie dźwigałam na plecach i jak zdołaliśmy przeżyć o tych 3 kroplach wody.

***

After a brief moment of reflection at the banks of the waterfall I had a sudden lightbulb moment. Captivated by the nature around us I thought it would be an excellent idea to pursue the Blue Mountains exploration. “Let’s walk a bit and see what’s behind the next corner” I said. “OK” he said. Off we went.

Views were truly scenic and also all we could feed on.  We’re not the greatest explorers. It turned out we were painfully underprepared to carry out a proper hike. Our Blue Mountains exploration mission developed into a 3 hour hike of medium to high levels of difficulty. All we had on us was a bit of water. Still quite curious about the mysterious contents of my backpack. Can’t figure out what I carried on my back all day! It wasn’t food for sure.

W ciągu 3 godzin przeszliśmy niezły dystans. Ścieżka była bardzo zróżnicowana jeśli chodzi o krajobrazy. Były skały. były wodospady, były strumyki, był gęsty las, byli głośni turyści z JuEsEj. Góry Błękitne nie owijają w bawełnę, nie na darmo są na liście UNESCO. Serwują dobrą dawkę nieskazitelnej natury. Zielony zastrzyk, który każdy z nas tak bardzo potrzebuje od czasu do czasu.

***

3 hour hike was quite an enterprise. However, the views were more than rewarding. Landscape would change from dry sandy paths in the sun to cold shadows of the thick forest. We came across few loud American tourists. They are the best, constantly in awe of everything and constantly making sure everyone around them is aware of that awe 🙂

Anyway, Blue Mountains seriously do deserve their spot on the UNESCO list. The overwhelmingly fabulous nature gives a massive injection of  good green energy that will keep you going for days.

DSC_0362

 

Three Sisters

Po naszym “spacerku” i po tym jak dorwaliśmy się do puszki coca-coli (dlaczego ona zawsze taka smaczna w puszcze?!) aby posilić się płynnym cukrem, ruszyliśmy z naszą stęsknioną Grażyną w stronę Three Sisters (Trzy Siostry). Jest to formacja skalna, którą można dojrzeć z punktu widokowego Echo Point w miasteczku Katoomba.

DSC_0405

Having accomplished our hike and having refilled our sugar-hungry veins with a can of coca-cola (it tastes so much better in a can!) we drove with Grażyna to Three Sisters. It’s a rock formation that can be viewed from Echo Point Lookout in Katoomba.

DSC_0415

 

Legenda głosi, że trzy siostry z plemienia Katoomba zakochały się w trzech braciach z innego plemienia. Ponieważ prawo zabraniało siostrom poślubić młodzieńców nie należących do tego samego plemienia, trzej bracia postanowili porwać niewiasty. Nie był to najlepszy pomysł bo rozpętała się wojna. Aby uchronić siostry przed jurnymi młodzieńcami, plemienny szaman  postanowił zamienić je w skały. Genialne! Siostry miały zostać odczarowane po zakończeniu walki. Niestety szaman zginął podczas bitwy, a trzy siostry już na zawsze pozostaną piękną formacją skalną. Koniec.

***

According to the legend three sisters from the Katoomba tribe fell in love with three brothers from a different tribe. The women were forbidden to marry outside the tribe. Not discouraged by trivia like that the brothers decided to snatch them. It wasn’t the brightest idea as the sneaky plot led to a war. While two tribes fought against each other a witchdoctor decided to turn the three sisters into rocks, for their own safety. They spell was supposed to be undone after the battle. However, the witchdoctor died in the battle and the sisters remain rocks forever. The End.

Trzy Siostry można podziwiać z tarasu widokowego albo nieco bliżej po krótkim spacerku. My chcieliśmy trochę bliżej więc podreptaliśmy wzdłuż wyznaczonej ścieżki, na której ciągle się zatrzymywaliśmy by robić zdjęcia.

***

There are two ways to marvel at the sisters. Either from the lookout point or from up close. Having ticked the former, we decided to pursue the latter. The path leading to the rocks is quite short. We made it slightly longer by stopping every now and then to take photos. This is called insatiable hunger for photos.

Kolejne tego dnia bardzo strome schodki i znowu bardzo wysoko nad ziemią. Dotarliśmy do Honeymoon Bridge i zatrzymaliśmy się na ławeczce usytuowanej pod ścianą jednej z sióstr. Tam uznaliśmy, że dalej nie idziemy. Mogliśmy zejść jeszcze niżej niż ten mostek, ale to wiązałoby się z kolejnymi godzinami spędzonymi na nogach a byliśmy dość padnięci po spontanicznej 3godzinnej wędrówce bez prowiantu i o suchych pyskach. Dodatkowo była już 16 (to przecież zima), temperatura znacznie spadła i zaczęło wiać 10 w skali Beuforta. Jako delikatna istota zlękłam się, że nas wicher wywieje i nikt nie zauważy jak znikniemy.

Pomknęliśy do naszego uroczego b and b w jeszcze bardziej uroczym miasteczku Leura, które bardzo przypomina swoimi starymi domkami angielskie miasteczko. Miejsce cud, miód, malina. Zjadłam tam poważnie pyszną kolację i miasteczko na długo pozostanie w mej gastronomicznej pamięci.

Another very steep staircase. Two on one day. Insane. Why Blue Mountains, why? We made it to the Honeymoon Bridge and sat down for a moment at a bench tucked in one of the rocks. At this point we were pretty exhausted (remember our 4am wake up?) and it became very windy. It was quite late as well, 4ish pm (we’re in winter after all). Having considered all the facts we made up our mind about not walking further down.

Instead we rushed to Leura to check out our accommodation. The place was great and the town very lovely, very much like an English little town. There’s also a must-go restaurant with finger-licking food called Garage. Leura you get 10 out of 10.

Govetts Leap

Kolejny dzień powitał nas piękną pogodą. Niebieskie niebo, dużo słońca, tylko ten zimny wiatr i niska temperatura psuły tą atmosferyczną perfekcję. Ale w Australii pożegnaliśmy się ze skwarnym latem bardzo dawno więc nie było co narzekać na brak kresek powyżej 20 stopni. Ruszyliśmy żwawo do Blackheat w poszukiwaniu gorącej czekolady i kalorycznej bomby w postaci sytego śniadania (przecież szybko wychodzimy te kalorie).Po zaspokojeniu wilczego apetytu pojechaliśmy z Grażyną ku Govetts Leap.

Jest to kolejny punkt widokowy, z którego rozpościera się zjawiskowa niebieska panorama. Zatkało nas na ten widok na dłuższy moment. Od wczoraj zdążyłam zapomnieć jak Góry Błękitne dają po oczach swoim niecodziennnym pięknem.

DSC_0479

Next day sneaked up on us with a beautiful weather. Blue sky and lots of sun. Cold wind and low temperature were the only downers. But hey, we said our goodbyes to Australian summer tropical heats long time ago. There should be no expectation of 20plus days.
With blue sky above our heads and scarves around our necks we drove to Blackheat to look for hot chocolate and a heavy breakfast.

Once our appetite was satisfied we went with Grażyna to Govetts Leap Lookout. It offers another jaw-dropping blueish panorama. We stood there motionless, busy registering every single detail of the view. Once again Blue Mountains showed us that they are not famous for nothing.

DSC_0475

Żeby nie było nudno zaczęliśmy dreptać po jednej z wyznaczonych ścieżek. Tym razem porządnie przygotowaliśmy się na ewentualne przygody: dwie butelki wody, jabłka, miniaturki Cherry Ripe (trochę takie Bounty z wiórkami o smaku czereśni, BOMBA!! uwielbiam!), węże żujki i czipsy. Innymi słowy prowiant pierwsza klasa. Mogliśmy maszerować cały dzień. Ostatecznie dreptaliśmy sobie to tu i tam przez 2 godziny.

***

We couldn’t stand there motionless for too long. We put our explorers’ hats on and ventured on a new walk . This time we were well-prepared: 2 bottles of water, apples, mini Cherry Ripes, snakes and chips. Top-notch lunch box that would keep us going for hours and hours. We walked for 2 hours.

Ponieważ ciągle rozglądałam się na wszystkie strony w panice, że przeoczę jakiś niesamowity widok (klasyczny przykład FOMO) w pewnym momencie musiałam się oczywiście potknąć o własne nogi i wylądowałam na czterech łapach. Szybko i zwinnie udałam, że to pozycja jogi a gdzie najlepiej ćwiczyć jogę jak nie na świeżym powietrzu?! No, helouł! Zdecydowałam, że resztę dystansu pokonam wsparta o kijek.

***

I was busy looking around and making sure not to miss any view (FOMO). At one point I tripped over my own legs and landed on all fours. My reaction was very quick and clever. I claimed it was a yoga pose which is best practiced outdoors. To avoid further clumsiness I grabbed a stick (of questionable quality) to help me cover the rest of the distance.

DSC_0501

Ciężko to wywnioskować ze zdjęcia, ale wzdłuż tej pionowej ściany wiedzie diabelsko stroma ścieżka. Odważni śmiałkowie mogą krok po kroku dotrzeć pod pokaźny wodospad. My nie dotarliśmy. Wydygałam, że za stromo i za ślisko.

DSC_0529

It might be difficult to see from the picture but there’s a path along the mountain wall. Brave adventurers can climb down step by step to the bottom of a waterfall. We didn’t do the walk. It was way too steep and wet for me #chicken

DSC_0545

Czas na Cherry Ripe. Zapinamy pasy, będzie jazda. Kocham Cherry Ripe miłością szczerą i bezwarunkową.

***

Put your seat belts on. It’s Cherry Ripe o’clock!!
DSC_0472

Po spacerze wokół Govetts Leap rzuciliśmy okiem ostatni raz na Góry Błękitne próbując zapamiętać widok w najdrobniejszych szczegółach. Całe szczęście są aparaty i komórki, dzięki którym łatwiej zarejestrować te szczegóły.

Na pewno wrócimy jeszcze do tej cudownej  niebieskiej krainy bo kryje ona mnóstwo diamencików. Następnym razem wstaniemy o świcie na wschód słońca aby ujrzeć Góry Błękitne przykryte białą mglistą pierzyną. Tak, tak zrobimy!

Po ckliwym pożegnaniu z Górami Błękitnymi odjechaliśmy z Grażyną w stronę kolejnego punkciku na mapie Australii – Jervis Bay.

***

Having discovered the Govetts Leap surroundings we took the last glimpse of Blue Mountains. So good technology can remember all these amazing sights for you!

We promised to each other that we will come back to Blue Mountains which hide so many gems! Also next time we will get up to see the sunrise and the white foggy duvet that covers the mountains in the small hours.

After a very emotional goodbye we took off with Grażyna towards the next dot on the map – Jervis Bay.

 

No Comments
Leave a Reply