Asia

Must See and Do in Singapore

Leonardo DiCaprio w końcu zaliczył wszystkie poziomy w grze o oskara i przytulił wymarzoną złotą figurkę. Internet nie został zasypany kolejnym miliardem memów z zawiedzionym Leo więc jest miejsce na moje mniej lub bardziej wspaniałe (ale raczej mniej) wypociny 😛 Pozwólcie zatem, że odgrzeje starego kotleta i napiszę coś o Singapurze. Lepsze to niż spamowanie kolejnymi plażowymi fotami 😛

 Tak jak przewidywałam. Rozstanie się z rodziną  było dramatyczne. Podczas świąt poziom miłości w powietrzu konkuruje z poziomem kalorii, jaki niesie ze sobą (według moich skromnych wyobrażeń i kalkulacji) snickers zanurzony w karmelu, okryty bitą śmietaną, posypany kolorową posypką i ozdobiony piankami typu “marshmellow” (to się w ogóle da zjeść?!). Rozstanie było więc na całego. Porównywalne do momentu kiedy pierwszy raz jechałam na zieloną szkołę w wieku lat 8 (słownie osiem). Czyli dużo łez, smarków i jąkania się. Głównie po mojej stronie, rodzina nie uroniła żadnej łzy…hm…..Wiem, że tęsknicie 😛

 Tak samo jak 28 lat temu moje łzy i smarki szybko wyschły, a jąkanie ucichło bo jechałam na kolejną wycieczkę, a wycieczki są przecież fajne. Wycieczka była do Singapuru! Naszą długą podróż do Australii postanowiliśmy trochę rozłożyć na czynniki pierwsze i zatrzymaliśmy się na kilka dni w mieście lwa.

 Singapur był sympatyczny. A jak to bywa z sympatycznymi osobnikami, drugiej randki nie będzie:P  . Jakoś nie wzbudził we mnie palpitacji serca. Motyle w brzuchu bardziej czilowały niż latały. Dochodzę do wniosku, że coraz mniejszą frajdę sprawia mi zwiedzanie wielkich betonowych dżungli. Wolę lasy, jeziora, morza, oceany, góry, misie koala, małpy, zębowe wróżki, jednorożce i te sprawy.

 Mimo tego marudzenia, super podzielić bezlitośnie długi lot w stronę kangurów na mniejsze części i na chwilę wysiąść z samolotu rozprostować nogi, w których krew dawno przestała płynąć.

 Po Singapurze poszwędaliśmy się 3 dni więc godnie rozprostowaliśmy kończyny. Chyba zdołaliśmy zaliczyć wszystko co się dało i wydać wszystko co mieliśmy w portfelu. Singapur do tanich miejsc nie należy więc trzeba się wybrać z pełną sakiewką dukatów żeby nie dziadować:P

 ***

Leonardo DiCaprio finally made it to the stage to snatch the most coveted golden token of awesomeness. The internet has not been avalanched with memes and there’s some space for my less-than-thrilling musings. Yay! Let me move back in time and go back to early January when we went to Singapore. Better late then never.

Just as I’d expected saying goodbye to my family was very dramatic and teary (probably cried an average size bucket of tears). Christmas is this crazy time when everybody is just hyper lovely and super sweet. Almost nauseously kind of sweet just like (I imagine) a snickers dipped in caramel sauce, sprayed with whipped cream and decorated with sprinkles and marshmallows would be. Is that even edible?!

Anyway, parting with the family was almost as difficult as it 20 years ago when they heartlessly decided to put me on a 3week long school trip. I was 8 and waterworks were heavy. My pre-teenage acne-free face was all red and snotty. At 28 my tears and snots were as abundant as they were 2 decades ago 🙂 However, they all dried up pretty quick once we took off toward another adventure – Singapore. And adventures are awesome! Daaaa

We decided to break down a painfully long flight to Australia and stretch our sore and swollen legs in the Lion City. Singapore was all right. No butterflies in my stomach, though, It was nice to see but I wouldn’t rush back on a second date with the city. It’s off the bucket list 🙂 I think I just prefer to experience nature, amazing landscapes and unicorns rather than stroll along concrete pavements. I’m just ust getting old (and wise) I guess. 

We spent three days in Singapore and I think we’ve done the city pretty well. 

DSC_0992

  Marina Bay

Marina Bay jest chyba największą pocztówką Singapuru. Oprócz Marina Bay nic innego z Singapurem nie kojarzyłam (ignorantka) 🙂 Marina Bay to zatoka, nad którą góruje luksusowy hotel Marina Bay Sands ze słynnym basenem na dachu Infinity Pool. Przy zatoce jest też śmieszna konstrukcja przypominająca rękawicę bejsbolową, fikuśny most i las wieżowców bo od zatoki tylko 3 kroki do dzielnicy biznesowej gdzie robią się wielkie pieniądze tego zamożnego miasta-państwa. Co mnie zdziwiło to straszne pustki na ulicach w ciągu dnia. Może było za gorąco? Może wszyscy po prostu zapracowani?

DSC_0156

 The famous Marina Bay is probably the biggest landmark of the city. My pre-trip knowledge of the city was quite limited and Marina Bay with Marina Bay Sands Hotel with the famous Infinity Pool were all I knew about the Lion City.  However, there is much more than the 5star hotel that boasts probably one of the coolest (I’m not referring to the tempreture levels) pools in the world. The bay is also home to a baseball glove-shaped ArtScience Museum, amazing gardens, a funny looking modern bridge and lots and lots of  skyscrapers where probably all the money of that wealthy city-state is made. 

DSC_0745
Zamyślona podziwiam zatokę. Udaje. Myślę co by tu na obiad. *** Deep in thought. Embracing the architecture. Nah, who am I going to fool? Just trying to think what’s on for lunch. 

DSC_0019

 Gardens by the Bay

 Zaraz koło słynnego hotelu znajdują się Gardens by the Bay. W Singapurze z kreatywnością trochę na bakier. Bay to, Bay tamto, bla bla bla  Zatoka to epicentrum Singaporskiego wszechświata 🙂

Ogrody przy zatoce to namiastka natury w nowoczesnym wydaniu. Wieczorem ogród zamienia się w wielki świetlny spektakl. Niestety zagapiliśmy się trochę z czasem (czyt. sączyliśmy drinki) i nie wróciliśmy pod drzewa o odpowiedniej porze by móc podziwiać nocne show. Niepocieszona obejrzałam filmik na youtubie i już mogę spać spokojnie, już się nie budzę  oblana potem w środku nocy bo ominęłam jedną z singapurskich atrakcji.

DSC_0862

Gardens by the Bay are situated by the bay of course. And just like anything else located in close vicinity to the big water, the gardens carry “the bay” in their name. So creative! 🙂

Gardens are a modern take on the way the nature is incorporated in the concrete jungle. There is a light show every evening and the gardens are meant to look spectacular. Let me emphasize “they are meant to”. I don’t know if they do because we missed the show. We didn’t watch the the clock close enought to make it back to the trees on time (typical). Thank god for youtubue! I watched the show online and soothed my FOMO. No more sleepless nights. 

DSC_0838
Ogrody przy zatoce składają się z kilku części. Główne atrakcje to Flower Dome, Cloud Forest i Skywalk. Na każdą trzeba zaopatrzyć się w osobny bilet, Turyście płacą ciut więcej niż lokalni. Eh.

My zdecydowaliśmy się tylko na Cloud Forest (wielka szklarnia niby dżungla z tropikalnymi roślinami i wodospadami) i Skywalk (podniebny spacer). Odpuściliśmy sobie Flower Dome, które jest olbrzymią szklarnią z kwiatkam.  Tak a propos mojej tęsknoty za naturą hehe

***

 The Gardens are divided into a couple of independent attractions. Major highlights are Flower Dome, Cloud Forest and Skywalk, each accessed with a separate ticket only. Tourists are charged slightly more than local residents. Bugger! But well, you have to take these blows gracefully 🙂

We only did Cloud Forest and SkyWalk. The former because it looked most exciting with a waterfall and tropical plants. The latter because it just sounded and looked cool, obvs

 Disney przedstawia “Uwolnić Pingwiny”, w roli głównej ulubienic nastolatek Chris Scotland. *** Disney presents “Free Penguins” featuring Chris Scotland. 

DSC_0907

 

Sky Bar

Cały dzień szwędaniny wokół zatoki i ogrodów najlepiej zwieńczyć drinkiem na dachu słynnego hotelu. Tym razem podziwiamy betonową dżunglę z wysokości. I to nie byle jakiej wysokości bo z 57. piętra. Jest trochę stresu i nerwów bo każdy poluje na stolik by móc spokojnie chłonąć widok i kolorowe procenty z palemką. Znajdujemy upragniony wolny stolik, wypijamy bezsensownie drogiego drinka (no ale wypada:P), robimy miliard zdjęć i wracamy do poziomu zero tam gdzie należymy 🙂

DSC_0891

All day of wandering around the bay and the gardens had to be given a good finishing touch. A drink on the 57th floor seemed the right way to toast to a good day of sightseeing despite a massive jetlag. The hunt for a table was highly competitive and stressful. It required quick reactions and trained looks of disapproval (squinted eyes and a Blue Steel kind of stare) to whoever was after your space. Once we finished sipping ridiculously pricy drinks we could go back to the ground level, the level we love the most! 

Mam jeszcze więcej do pogadania na tematu Singapuru, ale to później. Teraz się trochę zmęczyłam 😛 Muszę się rozsiąść na kanapie.

***

 Still soo much more to say about Singapore….I’m tired now, will come back to it later 😛 

No Comments
Leave a Reply