Australia Victoria

Things I have learnt in Australia.

I’ve been breathing Australian air for 2 years now.  I think hitting this 2 year mark is an excellent opportunity for some not-so-zen-like reflection. Life in Australia has equipped me with few good skills that are sure to boost my CV:)

***

Od dwóch lat wdycham australijskie powietrze. Czas na refleksje! (a JAK!) Życie w Australii nauczyło mnie kilku rzeczy, które chętnie wpisze sobie na CV.

1. Catching waves.

Australia is one massive island. Stunning coastline everywhere you look (unless you’re in the middle…), It’s no wonder Australia is a beach-savy nation. Chris has a significant level of ocean wisdom and is a keen man of the waves!!! His knowledge has trickled down to me over the last 2 years. Pre-Australia-Magda had minimal (at best) surf knowledge. I didn’t know anything about currents, rips or barrels – and was feeling like a fish out of water (thank you, that pun is for free). I was also totally oblivious to the fashion trends among surfing chicks!! That’s no longer the case. Our frequent trips to the beach have turned me into a bronzed ozzy budding surfer!! And I’ve now mastered the Ozzy beach fashion… bikini, sunnies, havianas and… ZINC all the way. Zinc is the best. Poland – get zinc. Everything is better with zinc.

***

Łapanie fal

Australia to jedna mega wyspa. Nie dziwota, że będąc otoczoną ze wszystkich stron wielką wodą (z wyjątkiem suchego jak pieprz środka kontynentu) Australia ma plażowy savoir-vivre w małym paluszku. Australijczycy po prostu potrafią grać w lato. Nie muszę daleko szukać, Chris jest tego najlepszym przykładem. Doskonale “zna się na oceanie”. Szybki rzut oka na plażę i potrafi ocenić, w którym miejscu jest niebezpieczny prąd, który  może wyciągnąć nas daleko od brzegu. Dwa lata temu byłam totalnie obojętna na takie sprawy. Teraz sama upewniam się że moje oceaniczne pluski odbywają się w bezpiecznym miejscu. Chris jest również weekendowym surferom, który swoją pasję podzielił ze mną. Dwa lata prób i błędów, płaczu, strachu, wywrotek, fikołków pod wodą, siniaków, wypitej słonej wody… i w końcu potrafię złapać fale! Ogarnęłam też plażowe trendy czyli bikini, okulary, japonki, modnie podarte szorty, słomkowy kapelusz i kolorowe sztyfty SPF zinc. Umiem grać w plażę!

DSC_0466

2. Don’t drink coffee. BE Coffee…

I have always liked coffee. Pre-Melbourne Magda would wander off to Starbucks or whip up instant coffee from a jar. Oh, pre-Melbourne Magda! Melbourne quickly taught me the error of my ways. If you ask for “coffee” here they look at you like you’re an idiot. It’s not unheard of to hear someone order a tall-skinny machiato with almond milk and one sugar… or something mad like that. It’s all about coffee here. Melbourneans worship the black brew for its superpowers! A daily caffeine fix usually comes from their favorite barista and is served in a paper takeaway cup. Not drinking coffee is regarded with suspicion and as a sign of being a weirdo. A morning office walk to get a coffee is how people bond here. The ‘new’ Magda drinks a flat white with one. Thank you very much.

***

Kawą żyj!

Melbourne jest totalnie zakręcone na punkcie kawy. Kropka. W czasach przed-Melbourne znałam jedynie mokkę ze Starbucks’a i kawę rozpuszczalną. Życie w Melbourne szybko zweryfikowało moje prymitywne i haniebne kawowe przyzwyczajenia! Nowa ja to nieśmiały kawowy smakosz popijający flat-white każdego dnia. Melbourneczycy wielbią czarny napój i głęboko wierzą w jego supermoc! Codzienna dawka kofeiny zazwyczaj pochodzi od ulubionego baristy i jest serwowana w papierowym kubku “na wynos”. Niepicie kawy jest uważane za niewytłumaczalne zachowanie i wręcz towarzyski nietakt bo to właśnie poranna kawa zbliża tutaj ludzi.

DSC_1006

3. Streamlining my speech.

Australians love to shorten their words! You go out here for brekky (breakfast), have smashed avo (avocado) for brunch, maybe go to macca’s (McDonalds) for a cheeky snack in the arvo (afternoon) and then head to grab a bevie (beverage) at your fav (favourite) pub! Speaking is so efficient here! The flip side of this is that people shorten EVERYTHING including my name! Pre-Melbourne Magda was “Magda” or “Magdalena”… but here… I’m “Mags” or “Mag Wheels” or even “Wheelsy” (which makes no sense). People also seem to struggle with the name Magda – I’m often called “Magna” or “Amanda”… but that’s a whole other story.

Wszystko skracaj. Ma być najkrócej, najszybciej.

Australijczycy kochają ułatwiać sobie życie w każdy możliwy sposób i w każdej dziedzinie życia. Po co wypowiadać całe słowa kiedy można ograniczyć się do skrótów i mieć nadzieję, że rozmówca rozszyfruje wiadomość? I tak oto breakfast skracają do brekky, avocado to avo, Macdonald’s tutaj to Macca’a, beverage jest zdecydowanie za długie i bevie brzmi lepiej. Australijski-angielski jest niesamowicie wydajny! Minusem tego trendu jest to, że moje imię jest również skracane. Nie wymagam zwracania się do mnie per Magdalena, ale Magda byłoby miło. A gdzie tam! W Melbourne funkcjonuje jako Mags, a czasem jako Mag Wheels albo Wheelsy co jest totalnie bez sensu! Wiele osób ma na serio spory problem z powtórzeniem mojego imienia. Często jest bezwiednie przekręcane do Magna, albo nawet Amanda.!!! To jest ogólnie temat na książkę!

slang

4. Putting on lots and lots (AND LOTS AND LOTS) of sunscreen. Slip Slop Slap.

Australia gets a LOTof sun. If you’ve been here, you’ll know. If you haven’t… you’ll come here and get crazy burnt and then you’ll know 🙂 Remembering to protect your skin from the vicious rays is imperative! I of all people think that Vitamin D is great, and it gives a better kick than coffee! But the sun down under is crazy strong – and isn’t great for the wrinkles!). I’ve always hated coating my body in sticky sunscreen that would glue sand to my skin. But here, it’s a whole new ballgame. The good news? Sun protection can be fun here! You can get crafty and paint your face rainbow with colorful zinc (sorry for the repeated zinc reference… but it’s just awesome).

***

Posmaruj się, a potem popraw i posmaruj się jeszcze raz!

W Australii nie brakuje promieni słonecznych i ochrona przed tą wielką rażącą kulką jest mega ważna! Zastrzyk witaminy D może dać niezłego kopa energetycznego, lepszego niż kawa, ale promieniowanie tutaj jest tak ostre, że może bardzo zaszkodzić! Nigdy nie przepadałam za wklepywaniem w siebie kremów, nawet do tego stopnia ze czasem odpuszczałam (klękajcie narody, co za obojętność!!!!). Ochrona przeciwsłoneczna w Australii jest szeroko propagowana i ludzie bardzo dbają o ty by zawsze mieć na sobie ochronną warstwę. Jak raz poczujesz gniew australijskiego słońca (które nie pali, ale wręcz “żre” twoją skórę!), już nigdy nie zapomnisz o regularnej aplikacji kremu!! Poza tym ochrona przeciwsłoneczna może być niezłą zabawą. Ostatnio oszalałam na punkcie ZINC czyli kolorowych sztyftów, które są genialne!! Dają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i do tego można sobie fajnie umazać nimi twarz ! (sorry, że się powtarzam o zinc, ale to jest po prostu odkrycie roku dla mnie!!)

5. Driving slower and…on the wrong side of the road!

People are known to be laid back in Australia. I’m not sure if people are so laid back because they drive so slowly… or if people here drive so slowly because it’s so laid back! The maximum speed is 110km/h which is ACTUALLY followed by people here. It’s crazy – speed limits actually mean speed limits. If you go 3km over, you can end up with a fine of hundreds of dollars. Coming from Poland where drivers can be nuts and notoriously disrespect road rules by driving at the speed of light, I found the local traffic unbearingly slow. 2 years in Australia have changed my perception of speed and I’m pretty happy with new driving habits.

Also, people here are crazy and drive on the left side of the road… which is just all wrong wrong wrong. It took me a while to adjust to this… but I think I’ve mastered the art of left hand traffic now (sort of). And I feel comfortable taking passengers including flamingos!!

***

Wolniejsza jazda…po zlej stronie ulicy!!

Australijczycy są uważani za mega wyluzowany naród. Nie wiem czy to właśnie ten ich luz wpływa na powolną jazdę samochodem czy to powolna jazda sprawia, że są tacy wyluzowani…zagmatwana ta logika! Faktem jest za to maksymalna prędkość w Wiktorii czyli 110 km/h. Najlepsze jest to, że kierowcy szanują te przepisy! Wyobrażacie sobie takie limity w Polsce?! (hahaha!!!) Przekroczenie ustalonej prędkości wiąże się z wysokimi mandatami, które wynoszą setki dolarów! Więc jeśli szanujesz swoje dolary, jeździsz książkowo. Piraci drogi to rzadkie przypadki. Za każdym razem jak jestem w Polsce i mknę po autostradzie szybciej niż 110km/h to mam wrażenie, ze zaraz przekroczymy prędkość światła i uniesiemy się w powietrzu w stronę Marsa.

I jeszcze jedno. Ludzie tutaj są szaleni! Jeżdżą po złej stronie drogi! Przestawienie się na lewostronny ruch zajęło mi trochę czasu.Zwłaszcza, że do tej pory mylę prawo i lewo!! Ale w końcu jakoś ogarnęłam tutejsze zasady ruchu i nie boją się zabierać ze sobą pasażerów….

image1 (5)

1 Comment
  • Johnny

    Great post!! Loved the photos! Seems I need to practice my Aussie accent before I visit!

Leave a Reply