Japan Tokyo

Tokio fakty – Tokyo factoids

3 tygodnie w Tokio to zdecydowanie za krótko by móc się nazwać ekspertem od Japonii i pisać długie felietony na temat origamii. Ale! Jest kilka rzeczy, które zdążyliśmy zauważyć, i które nas dziwią/szokują/śmieszą/denerwują/zachwycają. Lista pewnie urośnie w ciągu kolejnych miesięcy bo gaijin (potocznie cudzoziemiec po japońsku) uczy się codziennie!

[ENG]

3 weeks is waaaaaaay too short to be able to call yourself anything close to an expert on living in Japan and write elaborate books on the art of origami. But there are a few things that we’ve noticed so far which excite/startle/shock/amuse/annoy us. This list is bound to grow longer because being  gaijin (“foreinger” in Japanese) means learning every day!

1. Śmieci przy sobie!

Segregacja śmieci w Tokio to fizyka kwantowa. Do tej pory myślałam, że umiem rozdzielić papier, plastik i szkło, ale jednak nie umiem, nic nie umiem. W naszym budynku jest milion różnych kategorii odpadów i każde wyrzucanie śmieci to zadanie na miarę Einstein’a. Często się tutaj drapie po głowie jak małpka kiedy przychodzi do utylizacji naszych domowych odpadów.  Bo jak np. sklasyfikować zużytą nić dentystyczną?! Plastik? Odpadki kuchenne?! Ale najlepsze jest to, że na ulicach w Tokio bardzo trudno znaleźć śmietnik!! Zazwyczaj kończy się na tym, że swoje śmieci zbieram przez cały dzień do woreczka i zanoszę grzecznie do domu, gdzie je potem skrupulatnie rozdzielam na kategorie. Tokio jest mega czystym miastem, wręcz sterylnie wypucowanym! Ja tam lubię taki porządek. Przynajmniej jak coś spadnie na ziemię, to wciąż to można podnieść i zjeść!

Keep your rubbish!

Rubbish separation in Tokyo actually is rocket science. I’d always thought I could seperate plastic, glass and paper. It turns out I can’t. Example: what is dental floss. A plastic? A paper? Is it ‘combustible’? Goodness knows. And that’s just one item. You need Einstein (or a local!) by your side to help sort your rubbish. And it’s not just an issue that crops up when wandering the street. In our building, a team of rubbish bins that look like the Power Rangers are ‘littered’ (good pun) with kanji and bizarre pictures, I’m sure the pictures are intentionally designed only to confuse me.  Also, there are hardly any bins around the city. So far, I’ve had to carry a bag of rubbish with me (classy) and bring it home to separate. It’s actually turning into a hobby. But this obsession with sorting seems to work – as Tokyo is so squeaky clean. Drop food on the floor? I think the 5 second rule here should be extended to a full minute.

 2. Kapcie w torbie miej!

Po przeprowadzce do nowego mieszkania w Tokio trzeba było zainstalować internet i inne szmery bajery. Nasze włości odwiedziło więc kilku panów inżynierów, którzy mieli poszperać w kabelkach , kontaktach i rurach. Każdy, który nas odwiedził wyciągał z torby z narzędziami…kapcie! No tak, bo tutaj w Tokio bardzo szanują twoje włości i dywany. Kto nas nie odwiedzi, nie ważne czy manager budynku czy sprzątaczka lub sam cesarz, każdy ściąga buty i wskakuje we własne kapcie (jeśli je nosi ze sobą)! To jest chyba mój ulubiony tutejszy zwyczaj. Przynajmniej nie muszę szorować podłogi po każdej podeszwie! Trzeba jednak pamiętać by zawsze mieć idealnie zacerowane skarpetki!

Slippers on!

After we moved to the new flat, there were a few things that need to be done / connected. We felt like royalty – our humble abode was visited by internet people, TV people, services people… and the one common factor – all of them carried slippers in their bags!! Yes, here in Tokyo they respect your home and your carpets. Whoever pays you a visit, be it a building manager, cleaner or the emperor himself, they politely take off their shoes and if they happen to have their slippers on them, just put them on! I love this tradition!! So respectful of your floor. But always remember to have your best socks on. Trying to encourage Chris to take his shoes off is a challenge, and socks on is definitely good to cover his weird feet 😉

Tokyo Tokio
Hands up who has slippers in their bag?

3. Skrzyżowani.

Ah, te ich słynne skrzyżowania z najpopularniejszym  Shibuya na czele! Te gęste tłumy wylewające się na pasy trzeba po prostu zobaczyć na żywo! Shibuya przypomina mi mrowisko gdzie miliony mróweczek szybciutko zasuwają tu i tam. Ale skrzyżowania w Tokio to nie tylko Shibuya. Jest o wiele więcej miejsc gdzie można doświadczyć podobnego widowiska, na przykład przy Tokyo Plaza w Ginza lub przy kolejnym Tokyo Plaza niedaleko Harajuku. Moim ulubionym elementem każdego skrzyżowania jest przejście na skos, które pozwala pokonać kwadrat skrzyżowania jednym przejściem. Genialne! Świat powinien skopiować ten pomysł!

Criss-crossed.

Among the many things Tokyo is famous for, my favourite is its crazy crowds and the ultimate… the Shibuya crossing meyhem! You have to see it to believe it! Shibuya madness is, well, mad. But there are so many more places where you can watch crowds swarming into crossings, for example near Tokyo Plaza in Ginza or Tokyo Plaza near Harajuku. My favourite thing about the crossings is the fact that you have the zebra stripes going straight through the middle of the entire intersection! This is just so incredibly efficient!!

4. Papierosek w kółeczku.

W Tokio można palić w restauracjach, pubach, klubach! Byłam w szoku kiedy podczas pierwszego posiłku w Tokio zostaliśmy posadzeni obok stolika palaczy!! Fuuuuuj!! Czułam się w powrocie do przeszłości. Są miejsca gdzie papierosy są na NIE, ale przeważa liczba miejsc gdzie można palić do kotleta  sushi. Z tego co zauważyłam, w Tokio niestety dużo się pali! Ale jak na uporządkowane i czyste Tokio przystało, papieroski są OK, ale tylko według określonych reguł. O ile w restauracjach palacze niekoniecznie są odizolowani od niepalących, to na ulicach znajdują się specjalne punkty do palenia . Wygląda to dość śmiesznie gdy wiele miłośników nikotyny gromadzi się wspólnie w jednym punkcie na papieroska. Ale w to mi graj! Przynajmniej nikt mi nie bucha dymem papierosowym w twarz na ulicy!

Smoking areas.

Weirdly, Tokyo lets you smoke in restaurants, pubs and clubs. I was rather dismayed when at our first meal in Tokyo we were seated next to smokers!! Felt like the 90s all over again. Sadly they smoke a lot in Tokyo. However, Tokyo being Tokyo, public spaces are unbelievably clean and clear of nasty cigarette smoke and cigarette butts. I still haven’t found one. The city provides so called “smoking areas” where cigarette-lovers can enjoy their nasty habit in the street or park without disrupting the fellow pedestrians or park lovers. It’s a great idea (and it does make smoking look pretty unappealing…)! And I can wander the streets breathing in smoke-free air! Win win win.

5. Podziemie.

To jest pewnie materiał na osobny post. Ale jestem niecierpliwa i muszę się o tym wygadać! Bo Tokio to tak naprawdę dwa miasta. Jedno na powierzchni, i drugie hulające pod ziemią. Bo pod ziemią nie tylko jeździ metro, ale jest dosłownie wszystko!! Są kioski, miliony sklepów, restauracje (!!!), puby, kafejki. Chcesz wymienić fleki w butach? Jest i szewc! Kwiaty na poprawę humoru? Jest i kwiaciarnia! Masz ochotę na pączka? Jest i piekarnia! Niektóre podziemne połączenia ciągną się na setki metrów  więc idzie się i idzie i idzie. Czasem nie mam zielonego pojęcia dokąd mnie prowadzą te podziemne korytarze. Może do Wrocławia?

The Underground.

I think this topic deserves a seperate post. But I’m too impatient not to mention this! Tokyo is actually two cities rolled into one. The one on the surface is the dramatic skyline of highrise. The other one, well that’s below the surface. Amazingly, here ‘underground’ is not only for the subway. No no, the underground is another world. It is full of shops with everything (clothes, shoes, gadgets, stationery, etc.), convenience stores, restaurants (!!), pubs, cafes. You need to have your shoes fixed? There’s a shoe repair place! You need fresh flowers? There’s a florist! Feeling like a doughnut? There’s a bakery! Some exits and connections between lines go for hundreds of metres or even kilometres! You just walk and walk and walk and wonder whether you are going to pop out in Europe.

6. Wyjące Syreny.

Wyjące syreny to mój największy koszmar! Pierwsza noc w Tokio, śpimy jak zabici po długim locie, biegamy we śnie po różowych chmurkach, ale do czasu! Nagle w środku nocy budzi nas przerażająca syrena połączona z komunikatami przez megafon, oczywiście po japońsku. Pierwsza myśl: leci pocisk z Korei! Ewakuacja!! Druga myśl: Nadchodzi trzęsienie ziemi! Ewakuacja!! Oba scenariusze niefajne. Nasze żołądki skurczone ze stresu do wielkości orzeszka ziemnego, nasłuchujemy, czekamy. Nic.  Okazało się, że to była tylko karetka (!!!!). Syreny karetek/policji lub straży pożarnej pieją tutaj okrutnie głośno i na jakiejś dziwnej, wręcz stresującej, częstotliwości. Dodatkowo pan/pani kierowca informują wszystkich dookoła, że “nadchodzą”, że “dziękują za miejsce na drodze” itd. Cały ten proces wywołuje u mnie nadmierną potliwość i zwiotczałość kończyn.  Trzeba jednak przyznać, że cały proces jest wyjątkowo uprzejmy i grzeczny. Czy policja kiedykolwiek wykrzyczała Ci przez megafon “Dziękuję”?

Screeching emergency sirens.

The emergency sirens scared the %*&#^ out of us on our first night in Tokyo! We were sound asleep, as you are after you’ve just moved house and flown 11 hours to Japan, and then were violently pulled from the la la land of our dreams by an inexplicably loud emergency siren followed by a message barked through a magaphone (all in Japanese)! First thought: a nuke? RUN?! Second thought: an earthquake? RUN?! Thankfully, it was neither. But our stomachs shrunk to the size of a peanut anyway! It turned to be just an ambulance…  As we’ve learnt, ambulances/police cars and fire engines emit the scariest sirens in the world, which are followed by megaphone messages to the nearby cars and pedestrians saying “sorry, could you move”  or “thank you for moving”. The beauty of it is that the messages are always so polite – but sound so terrifying!

Tokio Tokyo

7.  Dzwonek o 17

Codziennie o 17 z głośników naszego budynku rozbrzmiewa delikatna melodyjka, która za pierwszym razem mnie oczywiście wzięła znienacka i przestraszyła. Oczywiście stały repertuar czarnych myśli:  leci pocisk z Korei! Ewakuacja! Nachodzi trzęsienie ziemi! Ewakuacja!! Ja mam tutaj chyba jakieś poważne lęki, ale nieważne. Kilka dni przechadzałam się ulicami Tokio i punkt 17 w powietrzu unosi się ta sama melodyjka!! Przez krótką chwilę myślałam, że ta muzyka szumi codziennie o 17 tylko w mojej głowie. Jednak internet i wujek Google mnie pouczył! Ta melodyjka to po prostu codzienny test głośników i systemu ewakuacyjnego, z którego dochodzić mają komunikaty w razie zagrożenia (czyli pocisk z Korei lub trzęsienie ziemi). Świetnie!

5 PM Bell.

Every day at 5 pm the loudspeakers around our building play a jingle like a cereal commercial. The first time I heard it – again – it sent my heart racing. As above, the ol’ cycle of panic… first thought: a nuke… second thought: an earthquake. Fair to say we have some anxiety problems ;). The next day I heard the same tune again at 5 pm while strolling the streets of Tokyo. At first I thought this music must live in my brain and goes off every day at 5 pm! But then the internet, in its infinite wisdom, informed me that it’s the so-called 5 pm bell which is a test of the emergency system that is supposed to send out messages to citizens in case of danger… Brilliant.  Oh calamity!

 

To be continued…

No Comments
Leave a Reply